
Jeden atak dzielił Słowaków od sensacji, ale polscy siatkarze ostatecznie wygrali 3:2 i po 26 latach awansowali do półfinału mistrzostw Europy. W czwartek wolno im nawet przegrać z Grecją, ważniejsze będzie losowanie, które przydzieli im pierwszego rywala w walce o medale.
Że Hiszpanie, wciąż aktualni mistrzowie Europy, mieli we wtorek piłkę meczową w starciu z Polakami, zrozumieć łatwo. Ale Słowacy? 46. drużyna międzynarodowego rankingu? Drużyna bez medalowych tradycji, która na boisko weszła z zerowym dorobkiem punktowym w II rundzie i zachowała już tylko szansę na piąte miejsce w turnieju - uwalniające od konieczności gry w eliminacjach do następnej edycji ME?
- Skakali na luzie, nie mierzyli w żaden cel, to im pomagało - mówił zziajany Michał Bąkiewicz. - Nas trochę sparaliżowała świadomość, że dotarliśmy do momentu, poza którym jest półfinał. Półfinał wymarzony i chyba trochę niespodziewany, przecież kilka tygodni temu, po serii kontuzji, nikt by na nas nie postawił złamanego grosza.
W środę nikt by nie postawił nawet pół grosza, że faworyt napyta sobie biedy. Rywale zaczęli znakomicie, m.in. dzięki niewygodnym w odbiorze serwisom czołowego rozgrywającego polskiej ligi Michała Masnego i Tomasa Kmeta Polacy znów - po raz trzeci w Izmirze - oddali inauguracyjnego seta, by w kolejnym rywali zdmuchnąć z parkietu. W trzeciej partii zachowywali się jeszcze bardziej bezlitośnie - Słowacy omal nie zakończyli jej z bilansem jednocyfrowym, snuli się z opuszczonymi dłońmi i głowami wtulonymi w ramiona, sprawiali wrażenie, jakby chcieli uciec z hali.
Nikt w polskiej ekipie nie umiał wyjaśnić, dlaczego po tym nokaucie doszło do tie-breaka. Siatkarze Daniela Castellaniego, niepokonani od 16 spotkań, nie zawsze grali świetnie, ale dotąd raczej nie wpadali w zbyt głębokie dołki, nigdy nie schodzili poniżej wysokiego europejskiego poziomu gry. W środę kryzys przeżył niemal każdy, od zbyt często nieprecyzyjnego Pawła Zagumnego po libero Piotra Gacka, który popełnił gruby błąd w przyjęciu w decydujących chwilach tie-breaka. Słowakami wspaniale kierował natomiast Masny, wyraźnie lepszy od rozgrywającego reprezentacji Polski.
- Dziwnie się czuję - mówił Gacek. - Chyba nie spodziewaliśmy się po Słowakach aż takiego oporu. Sukcesem się cieszę, ale cały mecz był dziwny. Szarpany i nierówny, z gatunku takich, jakie tej drużynie się nie zdarzały. Musimy usiąść i dokładnie sprawdzić, co się stało, gdzie tkwił błąd. Przecież chcemy tutaj ugrać coś poważnego. Półfinał satysfakcjonuje, ale czujemy szansę na większy sukces.
Tak czy owak Polacy, którzy poprzednie ME skończyli na zawstydzającej 11. pozycji, tym razem dotarli na pułap niespotykany od ponad ćwierćwiecza. Na turnieju w 1983 roku - ostatnim medalowym - zdobyli srebro. Daleko zabrnęli też dwa lata później, kiedy zajęli czwarte miejsce, tyle że w ówczesnej formule mistrzostw półfinału nie rozgrywano. Później już do podium się nie zbliżali.
Czy teraz w najważniejszej chwili tracą oddech? W środę wszyscy przyznawali, że z Słowacją wypadli jeszcze bladziej niż dzień wcześniej z Hiszpanią.
Trener Castellani uspokoja. - Choć znów graliśmy źle, to zwyciężyliśmy, a mnie wiele rzeczy na boisku się podobało - mówi. - Ci ludzie się nie poddają, tworzą harmonijną i świetnie rozumiejącą się grupę, w każdą opresję razem wpadają i razem z niej wychodzą. Fizycznie wytrzymają turniej do końca, choć teraz męczyli się w dwóch pięciosetowych maratonach z rzędu. Myślę, że teraz trochę napięcia z nich opadnie, bo podstawowy cel został osiągnięty.
Po czwartkowym meczu z Grecją odbędzie się losowanie. Liderom obu "połówek" turniejowej drabinki przydzieli ono półfinałowych rywali. W środę do strefy medalowej awansowali również Rosjanie i Bułgarzy.
A Castellani już na podium w tym tygodniu wskoczył. Ivan Castellani. Jego ojciec, trener Polaków, przyznał, że w trakcie ME jego myśli czasem się rozbiegały, że przed meczami naszej kadry zerkał w komórkę, by sprawdzić, jak spisują się siatkarze Argentyny na mundialu kadetów. Spisywali się znakomicie, zdobyli brąz, z 18-letnim Castellanim juniorem w roli atakującego. On musiał wrócić do kraju, by grać w lidze, natomiast jego mama z siostrą lecą do Izmiru, żeby dopingować polską kadrę i zobaczyć, jak rodzina wzbogaca się o kolejny medal. Ojciec chciałby, żeby miał ładniejszy kolor niż ten zdobyty przez syna.


Ten temat jest zamknięty




















