
Kilka dni temu w Afganistanie doszło do największej w historii wojny z Talibami katastrofy - ukrywającym się w górach terrorystom udało się zestrzelić amerykański śmigłowiec, w wyniku czego zginęło 38 osób, które znajdowały się na pokładzie oraz towarzyszący im specjalnie wyszkolony pies. 19 ofiar to komandosi Navy SEALs - elitarnej jednostki, o której cały świat usłyszał, kiedy jej żołnierze (również w towarzystwie psa) ujęli i zlikwidowali Osamę bin Ladena. Oprócz nich na pokładzie przebywało trzech innych amerykańskich żołnierzy, tłumacz, kontrolerzy lotniczy, żołnierzy afgańscy i pies.
Śledztwo w sprawie przyczyn katastrofy i jej sprawców ruszyło natychmiast, jednak ze zrozumiałych względów opinii publicznej nie są udostępniane szczegóły. Wiadomo jednak, że śmigłowiec został gwałtowanie sprowadzany na ziemię (zestrzelony?) podczas patrolu nad Wardak na południe od Kabulu. Takich patroli odbywa nad Afganistanem i Pakistanem około 70 każdego dnia. W ciągu zaledwie kilku miesięcy (od kwietnia do lipca tego roku) komandosom patrolującym tereny z powietrza udało się pochwycić 2 900 terrorystów i zabić 800, co wymownie pokazuje niebywałą skuteczność doborowej jednostki.
Co się stało, że tym razem to Talibowie wzięli górę nad doskonale wyszkolonymi żołnierzami? Wiadomo, że tego dnia komandosi, którzy zazwyczaj latają śmigłowcami ze 160-tego Specjalnego Pułku Lotniczego, w tym również modelami typu stealth (niewidoczny dla radarów), na patrol wzięli standardową maszynę z wyposażenia Gwardii Narodowej.
Rodzaj maszyny o niczym jednak nie przesądził - przed katastrofą komandosom udało się przeprowadzić skuteczny ostrzał kryjówek Talibów i zabić 8 z nich. Tragedia wydarzyła się później, kiedy śmigłowiec zmierzał w kierunku bazy. I tu mamy chyba klucz do zagadki.












